Kiedy Syrenka stała się prawdziwą kobietą, czyli babą zdaną na własne stopy, każdy krok opłacała bólem wbijanego w ciało miecza. I wcale nie chodziło o księcia, no może na początku tak, ale potem .... w życiu. Zresztą, kto by chciał idiotę za męża? W każdym razie, gdy moje stopy się powłóczą obarczone grzechem obcasów, przypominam sobie baśń o Syrence. Na myśl , że ból moich stóp w porównaniu z bólem nóg Syrenki....; jakby to powiedzieć? Nie wypada mi nie iść. Również dosłownie.
Szablon wykonany przez artura dla Szablony Inventive.
a co zrobiła szkoła?!!!
26.04.2010 :: 21:04 | Link | Komentuj (1) coraz częściej w drodze do pracy z zazdrością i błogim wyobrażeniem siebie w roli, spoglądam na "zasadzaczy" i "przesadzaczy" tutejszych miejscowych roślinek w okolicznych parkach. spoglądam na nich przez chwilę - akurat na tyle złudną, by ich zajęcie wydało mi się w swej pozornej nieodpowiedzialności idealnie niestresujące. myślę wtedy, że rzucę swoją cholerną pracę i zatrudniać się będę jedynie do robót interwencyjnych, choć wiem, że to niespełniony ideał, a często jeszcze gorzej, zwłaszcza gdy ma się na wychowaniu dzieci. w tej krótkiej chwili łudzę się jednak, że wystarczy: od do, bez chorych ataków i akcji ze strony konfabulujących rodziców swoich konfabulujących dzieci. to okropne, ale jedynym moim ostanim marzeniem w kwestii pracy jest, przynajmniej kilkumiesięczny, brak jakiejkolwiek odpowiedzialności, a przede wszystkim niekonieczność udowodniania , że nie jestem żyrafą, słoniem czy czymkolwiek innym. zmęczona jestem. i schodzę w czeluść "psychiczno-emocjonalno- egzostyd" piekła.
Pan Tomasz vel Czub powrócił był właśnie z pogranicznych
rozjazdów. Do czeskiej Pragi go wymiotło na kilka dni. Dziś wrócił z glinianym
golemikiem dla mnie - co nie ukrywam, że mnie wzruszyło, bo gdy sama ok. 4 lat
temu w Pradze ..zabawiłam, zabrakło mi koron na golemiczne pamiątki. No i się
poruszyłam emocjonalnie .
Dziś spoglądam na rzężącego ognistym życiem golemika, rzucając brzydkie
wyrazy na pana przewodnika. No bo jak można było nas szargać na bezsensowne
tupanie - wizyta w dzielnicy żydowskiej - dodajmy opłacona - ale w sobotę,
zakrawa to co najmniej na skrajny imbecylizm. znacie może kogoś z Pragi, kto poszukuje polonisty? Znajomości nie muszą złe ;P
W przededniu wyjazdu Czubka do Pragi, wkręcałam mu na :" u fleku wizytkę". i dał sobie wkręcić, i bez żałości, i był, i poczuł się jakby odbywał pielgrzymkę do mekki dla amatorów piwnego raju. Sama daleka jestem od uwielbienia piwa, ale wydłubałam własne słowa i wrażenia z wizyty : "u fleku" sprzed kilku lat:
Naszło
mnie na złote chwile.
Siedzieliśmy
pod różowymi kasztanami. Dębowy stół uginał się od perlistego śmiechu
zagryzanego piwem i beherovką. Z akordeonu jak z katarynkiskrzypiała muzyka: czeskie, polskie,
niemieckie nuty. Udawaliśmy więc, że potrafimy śpiewać. Niemcy udawali, że
potrafią tańczyć. A Czesi udawali Szopena w wersji folk. Idąc dalej tym
tropem... Słońce udawało, że potrafi wydzielać woń. I to wszystko było
prawdziwe. I kasztany, i my, i Niemcy, i Czesi, i Słońce. A jakiś pies a’la
pekińczyk wzrastał w aniołowe skrzydła i sopranowe arie. A moje znękane praskim
brukiem stopy raiły sobie plastry z kamienia. Tam, w tamtym momencie, ulotnym i
krótkim, szczęście wyszczerzyło się uśmiechem, bo wysączyło się nie ze środka,
lecz do środka wtaczało się z zewnątrz, mimo okoliczności. A potem nogi znowu
musiały się jakoś potoczyć, do następnego raju ukrytego w prozie życia.
w zawieszeniu
18.04.2010 :: 16:44 | Link | Komentuj (0) przez miniony, ostatni tydzień wiele różnych emocji i myśli, w tym opuchniętych od płaczu oczu, bardziej z powodu, myślę, mojej nieco naiwnej emocjonalności niż głębokiej refleksji. na pewno też z powodu jednak tkwiących gdzieś tam we mnie patriotycznych odruchów. nie na tyle jednak głębokich, jak się okazuje, by nie mieć dosyć. pewnie rozbrzmiewam w tych słowach nazbyt egoistycznie i już nieczule, ale drażnić mnie zaczyna ta ogólnonarodowa, żałobna maska. nie dlatego, bo wydaje mi się ona nieprawdziwa, ale dlatego że oddala nas ona od wyjaśnienia przyczyn i okoliczności katastrofy. a do ich wyjaśnienia potrzebujemy twardego, rzeczowego osądu, umiejętności analizy faktów - do czego w aktualnym momencie nie jesteśmy zdolni, bo przyćmiewa nas, otumania i rozczula wszechobecna czarna rozpacz. świat wysłał w jej obliczu do nas sygnał, jak bardzo kocha Polskę. a my w to uwierzyliśmy. nie wypada dziś mówić nic więcej. nie ten czas. pozostawiam więc pytania w zawieszeniu.
wojna!
05.03.2010 :: 20:00 | Link | Komentuj (1) parę dni temu, jak co rano, wtoczyliśmy się do naszego "prosiaczka". akurat się zdarzyło, że był to dzień prawie wiosenny, czyli bez mroźnych malunków na szybie, śniegu i takich takim. za to za szybką w tzw. foliale odnaleźliśmy liścik od straży miejskiej: bla bla, od godz. ...do godz. ..., a potem od ...do..., w sprawie wykroczenia czy jakoś tak. w uogólnieniu - byliśmy źli, coś strasznego uczyniliśmy, trzeba jechać i się tłumaczyć z czegoś. trochę jeszcze nie wiemy do końca z czego. ale bywa, że zdarza mi się bywać inteligentną kobietą, toteż (kocham ten spójnik, bezwarunkowo) wykrzyknęłam: "Tomasz, zaparkowaliśmy nielegalnie na parkingu dla mieszkańców naszej ulicy"- taki light paradoks. Tomasz od razu popadł w wariacje buntownicze, toteż :) napisał kilka listów i zaczął się bratać z sąsiadami, poza tymi , których jedynie można wyśmiać lub oskarżyć o nękanie. będzie spotkanie i będziemy żądać wyjaśnień. póki co jest nam wstyd, że przyjeżdżając do nas, i parkując na parkingu przy naszej ulicy, można zastać "walentynkę" od straży miejskiej, tym bardziej że mamy lokatorów w bloku, uwielbiających ten moment: moje!!!!!!!!!. oczywiście moi znajomi mogą uniknąć tego losu, bo mogę przedzwonić do spółdzielni i poinformować ją, że : jutro od - do będzie u mnie znajomy, jego nr samochodu to ............. - proszę, by straż miejska go nie spisywała. już się tak zaplątałam w tym wątku, że nie wiem o co biega. wciąż doskwiera mi wstyd. panie friend, sorry, zaparkuj przy tamtym bloku, bo nasz nadal kocha ścieżki zdrowia. nie ma tu nic do śmiechu, panie i lordowie:P . w mniemaniu twórców tej "ustawy spółdzielczej" - ni huhu, obce ciało nie będzie nam bruździło. przepraszam za "czyn".
najdroższe diamenty
14.02.2010 :: 19:31 | Link | Komentuj (2) 100 prawie wybuliłam na superpuszkę - fone i komp w jednym gniazdku. wpadam w szaleńczą kurwicę - najdroższe okazują się wykończenia. nie sądziłam , że aż tak drogie.czy ktoś jest mi w stanie wytłumaczyć, dlaczego wtyczka na jedno gniazdko kosztuje psie pieniądze, a na dwa - już ociera się o kredyt? nieco przesady się tu zawarło, ale tylko nieco.
strzyka
12.02.2010 :: 19:39 | Link | Komentuj (0) doczłapały się ferie. (dużo różnych kurew po drodze). plan opieprzania się co najmniej przez tydzień zaczyna lecieć na kręgi szyjne. zaledwie parę godzin po tzw. początku pozornego nieróbstwa zaczyna się walić. Tu strzyka, tu uwłacza godności wyślizgany obcas, tu nie da się obrócić ciała na lewo, bo przykurcz i wiele innych.itd. do emerytury pozostało mi naście tysięcy lat, ale już wiem, że nie mogę się na nią zgodzić. umrę wtedy jak nic. ponoć połowa sukcesu to planowanie. gówno prawda! pełnia sukcesu to czysta improwizacja. na najbliższe 12 godzin potrafię zaimprowizować zaledwie nieco przydługi sen.
Czub, zwany tu
niegdyś: Panem Czubkiem, poinformował mnie dzisiaj, że w sobotę ma
wychodne, będzie sączył imieninowy wątek. ma być tort, najprawdziwszy z
"Muszelki", świeczki z "Biedronki" i pociotki z dziwacznych
drzew genealogicznych. Generalnie chodzi o święto: Sebastiana - pana od
strzaskanej czaszki, z 1 % szans na przeżycie - zdaje się wieki temu- tymczasem
zaledwie nieco ponad rok.
W ogóle nie zamierzałam się sprzeciwiać. W końcu
kobieta też miewa ludzką twarz, a nauczycielka tym bardziej. Nawet - żeby nie
skupiać za bardzo na imieninowo- pijackim wątku , też wplątałam się, z
nieprzymuszonej woli, w sobotnie "wrócę późno".
Podkusiło mnie. Nie wiem, co. Jakieś diabelstwo chyba. Pytam
Czuba: A jaki prezent macie? Czub podrapał się po głowie. No tak,
prezent!
Po niespełna 5 minutach słyszę: Mamy prezent! - Strach
się nie bać po takim stwierdzeniu , zwłaszcza z ust lekko ponad trzydziestolatka.
Panowie wymyślili najbardziej samczy prezent z wszelkich możliwych.
Burdel! Łapię się więc za głowę i krzyczę: A jak ataku padaczkowego dostanie?!
To się załatwi, uprzedzi, jakby co będziemy obok, szpital blisko, w najgorszym razie umrze szczęśliwy.
Będziemy obok - hmmm...
szczyt szczęścia i inne farmazony
03.01.2010 :: 19:21 | Link | Komentuj (1) jako że specjalnie nie odczułam ziszczenia się Nowego Roku, tradycyjnie zresztą osunęłam się w sen około 21, tym razem z powodu postępującej gorączki i pewnie nadmiaru przeciwgorączkowych tabletek, popitych winem, postanowiłam dokonać czegoś odkrywczego na dobry początek, jakby nie było, jednak nowy. i tak przechodząc od masła maślanego, zmierzam ku , póki co, odpowiedzi roku, na tendencyjne pytanie, zadane nieco później niż o świcie: - Tomaszku, a co jest szczytem szczęścia dla mężczyzny? - Kobieta nimfomanka, która włada sklepem monopolowym. no cóż, krótko i treściwe, bez zbędnej ściemy. reasumując, nie odkryłam niczego nowego, ale dnia 3 stycznia wybuchłam nieco rzężącym śmiechem. i być może o to, przynajmniej w moim życiu, chodzi. śmiać się z głupot i prawie bez powodu. jakoś potem wszystko inne wydaje i łatwiejsze, i jakby nieco magiczne, i mniej stresujące. i nawet jakoś idzie dostrzec światełka w tunelu.
ponure święta
18.12.2009 :: 23:10 | Link | Komentuj (4) mamy remont i jak za zawsze przeliczyliśmy się z terminem onego ukończenia.w dodatku rozkraczył się nam samochód.łudzimy się, że to może tylko jakaś nieprzewidziana reakcja na mrozy albo inna, w każdym razie nie mniej groźna pierdoła. okaże się w poniedziałek.
uknułam tegoroczny spisek nieczynienia prezentów i nieposiadania choinki. nie dlatego , że nie lubię, ale nie mam siły na bieganie po sklepach w rytmie kolęd, tym bardziej , że z ukończeniem remontu do świąt - nici.
urodzinowo-imieninowy mętlik
05.11.2009 :: 22:13 | Link | Komentuj (2) Od lat wielu nie obchodzę urodzin, na imieniny - podzieńpóżniejsze też zlewam. Olewam te pozornie znaczące daty ze względu na złe, właściwie smutne wspomnienia zza dziecka. Wizja urodzino-imieninowego ciasteczka i powiązanych z tym wylewów napawa mnie smutkiem. Ukrywam się więc. Nie oczekując niczego. Z każdym rokiem zbliżam się coraz bardziej do perfekcji. O swoich urodzinach przypomniałabym sobie sama dopiero w dniu swoich imienin albo i nie, gdyby nie wymagania świata zewnętrznego. A dla mnie - dzień bez zaskoczenia - nic nadzwyczajnego ani zastanawiającego się w tym czasie nie zdarzyło. No może poza tym, że grypa szaleje i wieszcze wieszczą koniec świata. Ale to akurat normalna tendencja jak na listopad. W każdym razie miałam dziś taki ponury moment psychiczny. Pomyślałam sobie, brnąc w iluzorycznym deszczu, że przecież mogę nie dożyć następnych listopadowych natrętnie-smętnych myśli. Co gorsza- najwyżej przyślą kogoś na moje zastępstwo, i jakoś to się dalej wszystko potoczy. Tylko co ja będę robić, jak mnie już nie będzie?